Casey Wadowski Blog "Tylko bycie sobą ma sens!"
payday loans car Insurance

Czy naprawdę rozumiemy co jest dla nas szczęściem?

Wpisał: Casey z datą 9 kwiecień, 2009

Brak komentarzy

Wpisany w: Ludzie, Refleksje, Samo życie.


My, ludzie Zachodu, nie potrafimy już żyć skromnie. Pracujemy, żeby mieć. A mamy zdecydowanie za dużo. Jedzenia, które marnujemy, wszelkiego rodzaju dóbr, które szybko nam się nudzą albo które uznajemy za niemodne. Wyrzucamy sprzęty, które można by naprawić, używamy coraz więcej przedmiotów jednorazowego użytku. Efekt? Zniszczone środowisko, życie na kredyt, a więc tak naprawdę przysparzanie sobie problemów, choć przecież chodzi nam o to, żeby ich uniknąć.

 

Przemierzając świat wzdłuż i wszerz, i poznając różne kultury i style życia. Wszędzie czegoś mi brakowało. Dopiero w Japonii poczułem, że mam  wszystko, co potrzebne do szczęścia. Dlaczego właśnie tam? Bo Japończycy, mimo że wydają się bardzo nowocześni, żyją prosto, skromnie.

 

Odkryłem, że prostota nie ogranicza, ale wzbogaca, uwalnia od uprzedzeń i obciążeń. Zacząłem przyjmować życie takim, jakie jest, być blisko natury.: „Żeby żyć, naprawdę potrzebujemy niewiele. Zyskałem głębokie, ugruntowane przekonanie, że im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej możemy się rozwijać”.

Coraz więcej ludzi zdaje sobie z tego sprawę. Coraz więcej z nas nie tylko rezygnuje z nadmiaru, przesytu, lecz także widzi głęboki sens w samoograniczeniu. Psychologowie podkreślają, że samoograniczenie jest akceptowalne, gdy wynika z naszego wyboru. Wtedy nawet istotne ograniczenia dają poczucie wolności. Sami też musimy dostrzec pułapkę, jaka tkwi w żądzy posiadania. Zobaczyć niebezpieczny mechanizm nienasycenia.

 

Nigdy nie lubiłem przesiadywać w drogich restauracjach czy klubach. Najbardziej cieszyło mnie i cieszy do dziś, gdy siedzę na ławce i przyglądam się ludziom. Ja to uwielbiam. Wyobrażam sobie, co myślą, robią, jak żyją.

 

Od kiedy mam gdzie spać i co jeść, powinienem zajmować się innymi sprawami, bo tam dopiero jest prawdziwe życie. Jestem też absolutnie przekonany, że kiedy człowiek podsumowuje swoje życie, wszystko jedno, czy ma na to dużo czasu, czy sekundę, to nie zastanawia się, czy ma nazwisko, czy jest bogaty, czy budził respekt, czy ludzie mu się w pas kłaniali, tylko zadaje sobie pytanie, czy był wierny sobie, czy miał odwagę słuchać swojego wewnętrznego głosu, nawet gdy inni uważali go za głupca i się z niego śmiali. I czy miał odwagę wybrać miłość.

On starszy ona młoda!!!!!

Wpisał: Casey z datą 26 luty, 2009

Brak komentarzy

Wpisany w: Ludzie

Rozdmuchanie przez media prywatnej decyzji Kazimierza Marcinkiewicza w jego życiu skłoniła mnie do do przyjrzenia się bliżej temu tematowi.


 On starszy ona młoda!!!!!

Niektóre małżeństwa żyją przecież razem długo i szczęśliwie. Jednak siła fascynacji erotyczno-miłosnej jest olbrzymia i bardzo groźna dla mężczyzn w wieku 40-50 lat. Po kilkunastu latach małżeństwa pojawia się nieuchronnie moment krytycznego spojrzenia na osobę partnera, którego znamy przecież bardzo dobrze. Wiemy, jakie ma wady, a dostrzegamy w nim coraz mniej zalet. W każdym związku fascynacja erotyczna stopniowo się zmniejsza, ale za to powinna pogłębiać się więź emocjonalna. I jeżeli istnieje autentyczna więź emocjonalna, to stosunki między partnerami będą dobre. Zdarzają się przecież sytuacje, że z wiekiem małżonkowie stają się sobie jeszcze bardziej bliscy. Natomiast jeśli uwiądowi fascynacji erotycznej nie towarzyszy pogłębianie relacji emocjonalnej, to zagrożenie, że pojawi się nowa partnerka, która zaspokoi w pełni i emocjonalne, i erotyczne potrzeby mężczyzny, jest spore. …….Jogging, siłownia, pragnienie zatrzymania uciekającego czasu… To stereotypy, które jednak znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. Andropauza, czyli męskie przekwitanie, jest faktem. Spada wtedy poziom testosteronu. Panowie stają się mniej agresywni, ale odczuwają nieokreślony dyskomfort psychiczny, więcej czasu poświęcają sobie, mniej światu zewnętrznemu. Czują złość, przygnębienie. Wydaje im się, że są osaczeni. Przyznają się przed sobą, że czegoś im brakuje, czegoś chcieliby jeszcze spróbować. Decydują się na zmiany, zwłaszcza jeśli bilans życia nie wypadnie pomyślnie. Rozziew między marzeniami a rzeczywistością może być ogromny i rodzić frustrację.

- To nie chroni przed kryzysem wieku średniego. Gdy przestajemy czuć emocjonalny sens tego, co robimy, nie cieszy nas ani uznanie, ani pieniądze, ani inteligencja. Jesteśmy wypaleni. W wieku 40-50 lat każdy sukces może zostać zreinterpretowany. Świetnie zarabiam? Co z tego, jak cały czas tylko haruję i w dodatku rodzina uważa, że tak musi być zawsze? Jestem szanowany? Co z tego, jeżeli nie mam już o czym rozmawiać z żoną? Jestem wybitnym naukowcem? Co z tego, skoro tak naprawdę zawsze marzyłem o fotografowaniu dzikich zwierząt w Afryce? Taka postawa może doprowadzić do rewizji wielu dotychczasowych wartości. Nie jestem do końca zadowolony z życia? Więc pewnie kierowałem się w swoim postępowaniu złymi zasadami.

- Oczywiście. Nie jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn. Kobiety także dokonują bilansu życia, pewnych przewartościowań. Przyglądają się swoim osiągnięciom, potrzebom, niespełnionym marzeniom. I podobnie jak mężczyźni decydują, co dalej.
Nie można niestety mówić o równowadze w społecznej ocenie następstw kryzysu u obu płci. W przypadku kobiet jesteśmy skłonni zrozumieć, że starają się zatrzymać uciekający czas, decydując się np. na operacje plastyczną. Jednak gdyby pani przed 50. zdecydowała się na wyprawę w Himalaje lub rozpoczęła kurs nurkowania, patrzylibyśmy na to z pewnym zdziwieniem. Podobnie jak na jej związek z 20-letnim mężczyzną. Stateczna pani, to gdzie ją ciągnie? Wnuków nie będzie pilnować? Jak to? To oburzające!
A o mężczyźnie pomyślimy tylko, że po latach realizuje wreszcie swoją pasję lub pokiwamy z politowaniem głową, myśląc o jego nowej partnerce: cóż, zdarza się.

- I młoda kobieta, i dojrzały mężczyzna mają cechy, które czynią ich atrakcyjnych w oczach nowych partnerów. Takie związki mogą rozwijać się harmonijnie, ale mężczyzna ryzykuje więcej. Jego atrakcyjność nie potrwa już długo. W wieku 50. lat trzeba się z tym po prostu pogodzić.

KOMENTARZE!!!!!!!

TY  JUŻ DAWNO NIE BĘDZIESZ MÓGŁ  A  ONA JECZE DŁUGO BĘDZIE CHCIAŁA

to jeszcze zastanów się jak długo jesteś w tym związku i jak długo on jeszcze będzie trwał??? taki związek nie trwa dłużej jak od roku do trzech lat - zastanowiłeś się co potem??? ona będzie chciała więcej i więcej seksu bo kobiety ok 30-ki tak już mają a Ty pójdziesz w odstawkę i zostaniesz pewnie sam jak palec ze swoimi wspomnieniami(bo tyle ci tylko zostanie)- znam taki przypadek: ona tylko czekała aż trafi jej się coś lepszego i młodszego(mimo ciągłych zapewnień o dozgonnej miłości) po 8 miesiącach trafił się facet 36-letni i skończyła się wielka miłość szybciej niż zaczęła - życie jest brutalne co ???

Tak,tak wszystko pięknie.Jednak weź pod uwagę,że u niej libido dopiero nabiera rozpędu(u ciebie wręcz przeciwnie). Prawdziwe “jazdy” bedzie miała po trzydziestce,za jakieś dobre 10lat. Zastanowiłeś się wtedy jakie bedą twoje możliwości w tej dziedzinie?Będziesz grubo po 50,chcąc nie chcac biologia i upływ czasu zrobią swoje.Miłość miłością,ale seks zawsze był,jest i będzie ważnym elementem związku.W końcu nie bez przyczyny większość zwiazków rozpada się na skutek zdrad.Scenariusze sa dwa,albo się rozstaniecie,albo będziesz miał spore poroże.

Współczuję Ci. Jestem równolatką z mężem. Wiem dobrze jak to jest i u kobiet i u mężczyzn od 19 do 55 roku życia. Już niedługo będziesz szukał w internecie najpierw podniety dla oka (przed pójściem do łóżka) a potem stron gdzie można kupić viagrę a potem będziesz siedział przed komputerem w oczekiwaniu aż ona zaśnie. A jej libido do 45-47 roku będzie rosło, oj będzie rosło. Policz sobie ile lat będziesz wtedy miał. Ile narządów będzie Cię bolało (i morda w kubeł-nie skarż się-boś nie stary dziad)- a choroby są paskudne i upierdliwe. I pełno ciekawych facetów na około, którzy myślą, że dziewczyna ma starego dziada to ma pieniądze i jest niewyżyta. Teściowie sa w Twoim wieku-z nimi porozmawiasz o chorobach i boleściach-u nich znajdziesz zrozumienie.
O reszcie problemów przemilczę bo się załamiesz. A może Twoja dz. nie ma duzych potrzeb (dlatego zdecydowała sie na takiego starszego Pana) albo sama ma juz liczne choroby

dla was facetow najwazniejszy jest wyglad kobiety i lozko. Dla kobiet wazniejszy jest charakter. I nie udawaj, ze jest inaczej bo nie jest.

Facet  20 lat roznicy to sporo.Nie chce cie marwic ale jak mowi indyjskie przyslowie.Mezczyzna ,ktory sie zeni z kobieta duzo od niego mlodzsa to tak jakby siedzial na bombie!!!

W pewnym wieku nawet i atrakcyjna,młoda partnerka już nie pomoże.Biologia i upływ czasu są nieubłagane i robią swoje.Ale wy właśnie lubcie sobie robic złudne nadzieje,wydaje wam się,że zwiazek z młódką wam lat odejmie.Złudzenia.I moment w którym nie jesteście w stanie sprostać jej potrzebom,boleśnie wam tą prawdę uświadamia.Takie związki są bez przyszłości,mogą przetrwać najwyżej kilka lat.A w tych długich zwykle taki facet ma duuuużee rogi…

Na razie może i miłość istnieje, ale co będzie za 10 lat, a może więcej ? Chyba, że nie zamierzasz tak długo tkwić w tym związku ! Potem stary nerwowy dziadek, maruda, a ty jeszcze w pełni rozkwitu i co ??????

a cóż to by była za miłość skoro przeszkodą miałoby być to że ktoś jest marudny i nerwowy?. Czy wogóle nazywać miłością coś co nią przestaje być z powodu niezaakceptowania wady? Wiesz, to jak z przyjaźnią: Kto przestał być przyjacielem nigdy nim nie był.

Nie wiem kto z nas dwojga jest bardziej ograniczony,bo ty zdaje się w ogóle nie rozumiesz o czym ta dyskusja-przypomnę o parach w których jest duża róznica wieku i o tym jak małe sa realne szanse na ich trwałość.A nie chodzi o zdradę,czy podważanie istnienia miłości w ogóle. Tylko o tym,ze w pewnym momencie nastepuje rozbieżnosc jeśli chodzi o potrzeby i cele zyciowe takich ludzi.Zastanów się co piszesz.Piszesz o “ludzich którzy się razem zestarzeli”,no właśnie o to chodzi,żeby się razem zestarzeć.A w tym i temu podobnych przypadkach,on już jest albo za chwilę będzie starcem,a ona?Pomyśl.

A ja myślę tak. Jestem młodą kobietą i podobaja mi się starsi faceci, ale muszą mieć to coś,inteligencję, pozycje także materialną I MUSI BYĆ WOLNY.Ale zadaje sobie pytanie co to mi da, to nie ma przyszłośći, taki gość ma albo żonę , albo dzieci. A ja kiedyś też będę chciała mieć dziecko i dom. Myślę dalej, opadnie fascynacja, obudzę się i moje dziecko do pierwszej klasy zaprawadzi tatuś z wyglądem dziadka. STRASZNE.Chyba piekne jest to żeby zyć ze soba, kochać i razem się zestarzeć.

Kapitał Społeczny

Wpisał: Casey z datą 30 marzec, 2008

Brak komentarzy

Wpisany w: Ludzie

    Dobrze, że coraz więcej się pisze o naukowym podejściu do naszych narodowych przywar, kompleksów a najważniejsze naszej mentalności. Z tą mentalnością i sposobem myślenia mamy kłopot od wieków. Co widać bardzo dobrze przeglądając nasza historię. Ciekawym ewenementem jest, że uważając się za społeczeństwo wykształcone i inteligentne ciągle popełniamy podstawowe logiczne błędy, które obracają się przeciwko nam zarówno indywidualnie jak i społecznie. Ciągle narzekamy na Polaków i ich postępowanie zapominając, że każdy narzekający jest również Polakiem. Czyli ty narzekasz na innych wytykając im wszelkie wady a inni robią to samo w stosunku do Ciebie używając identycznych argumentów. Pretensje zamykają się w błędne koło nie przynosząc jednego konkretnego pozytywnego skutku. Dlaczego tak się dzieje i tak trudno to zmienić?

    Największym problemem jest w śród Polaków zakorzeniony od wieków sposób myślenia wywodzący się z zasady „Ja i Oni” Ja zawsze jestem dobry i mam racje. Oni, czyli cała reszta, racji nie maja i postępują źle”. Konsekwencja tego sposobu myślenia było i w dalszym ciągu jest podstawowa zasada postępowania Polaka. Najlepszym rozwiązaniem jest być indywidualistą o skłonnościach egoistycznych to jest dla mnie najlepszym rozwiązaniem w drodze do własnego sukcesu.

    Ale przecież jest taka zasada, uzasadniona logicznymi argumentami, że podstawą sukcesu w życiu jak i największe korzyści odnosi się w prawidłowo funkcjonującej „rodzinie”, czyli w naszym przypadku w dobrym społeczeństwie. Niestety, wszelkie dowody i w konsekwencji nasze przekonania ukuły kolejną zasadę; „ z „rodzinką” to najlepiej wychodzi się, ale tylko na zdęciu”. No i taka jest prawda. Tylko, dlaczego? Bo każdy Polak ma gdzieś dobro rodziny uważa, że najlepiej będzie mu, jeśli będzie dbał tylko o siebie a nie o innych. No i mamy strukturę społeczna taką a nie inna. Dziwi mnie natomiast, że przecież przy dostępie w dzisiejszych czasach do wszelkich informacji możemy się przekonać czarno na białym, że tylko członkowie „rodzin”, którzy o nią dbają w pierwszej kolejności odnoszą największe korzyści. I takie dowody możemy znaleśc zapoznając się z zasadami rodzin mafijnych a kończąc na stosunku obywateli do państwa w krajach wysoko rozwiniętych ekonomicznie i socjalnie. Co jest wiec złego w naszej mentalności i postępowaniu?

    W ostatni coraz częściej zaczyna się na ten temat pisać. Wnioski są jednoznaczne. Nasza największą narodową bolączka jest od zawsze a przynajmniej od wieków dramatyczny brak zaufania do drugiego Polaka. Powstała i zakorzeniła się w nas kultura Polska, która oparta jest na zawiści i podejrzliwości w stosunku do innego rodaka. A przecież nie trzeba nikomu tłumaczyć, że w atmosferze przepełnionej pozytywnymi emocjami lepiej się żyje, ale również, że życzliwość wobec innych wraca bumerangiem do nas samych. Nasze nawyki, kultura zawiści i podejrzliwości, automatycznie tworzy pewne negatywne społeczne sytuacje jak; korupcje, konflikty grupowe czy słynny już im posybilizm. Nie szanujemy się nawzajem, nie potrafimy się z sobą dogadywać i najważniejsze nie CHCEMY i nie umiemy ustępować w imię wspólnego dobra. Na każdym kroku kłócimy się zamiast rozmawiać, nieustannie poszukujemy haków na innych, wypominamy sobie negatywną przeszłość do któregoś tam pokolenia. Tkwimy w błędnym kole powszechnej nieufności:, jeśli ja nie ufam tobie, to ty masz prawo mnie wykorzystać i oszukać, bo ty tez mi przecież nie ufasz, więc będziesz próbował ubiec moje szalbierstwo, zatem lepiej ci nie ufać. Wszystkie te dane wskazują, że Polskie społeczeństwo w „Europejskim sondażu społecznym” znajduje się na najniższym poziomie ogólnego zaufania obywatelskiego wśród obywateli UE. Z raportu tego wynika też, że Polacy mają najniższą skłonność do stowarzyszania się w jakichkolwiek organizacjach i są najsilniej uprzedzeni w stosunku do innych. Również inne badania naukowe wskazują, że Polacy (Polska), znajdują się na końcu światowej listy państw pod względem wolontariatu, czyli świadczenia nieodpłatnej pracy na rzecz potrzebujących.

    Wszystkie te dane są też potwierdzone przez krajowe badania np. „Polskiego generalnego sondażu społecznego” czy „Diagnozy społecznej”. Dowodzą one, że na przestrzeni ostatnich dekad wiele się nie zmieniło na lepsze. Cały czas tkwimy w kulturze nieufności i indywidualnej zazdrości.

    Podsumowując powinniśmy zrozumieć pewne mechanizmy społeczne. Na sukces obywateli składają się nierozerwalnie dwa czynniki. Pierwszy polegający na budowie kapitału ludzkiego a drugi na budowie kapitału społecznego. Ten pierwszy to inwestowanie w siebie. Dbanie o posiadanie jak największej wiedzy, umiejętności i zdrowia. Pozwala nam to na bycie lepszym i bardziej konkurencyjnym na ryku „pracy”. Ten drugi to umiejętność tworzenia konkurencyjności grupowej opartej na dobrych relacji międzyludzkich, której to cechy posiadamy najmniej wśród krajów Europejskich. Tą pierwsza cechę rozwijamy z dużym sukcesem natomiast ta druga pozostaje w niezrozumiały sposób ignorowana. Obywatele krajów na wysokim poziomie nie tylko dbają o samego siebie, kształcą się, dbają o zdrowie itd., ale też współpracują z instytucjami państwowymi, które potrafią wykorzystać umiejętności obywateli i pomnażać wspólne dobro. Niestety Polskie społeczeństwo ciągle rozwija się na zasadzie tylko i wyłącznie w oparciu o pierwsza zasadę, czyli „każdy sobie rzepkę skrobie”.

    Wszystkie badania naukowe wskazują, że kapitał ludzi daje przede wszystkim korzyści tym, którzy weń inwestują, czyli nam samym. Natomiast kapitał społeczny a zwłaszcza jego główny składnik – zaufanie – nie daje wprawdzie bezpośrednich korzyści temu, kto ufa i jest oparty na współpracy, a nawet może go czasami narazić na straty, ale poprawia, jakość życia całego społeczeństwa a tym samym pośrednio poprawia życie ufającym. Zaufanie jest rodzajem obywatelskiego poświęcenia. Gdy ufam, wszyscy mamy się lepiej, choć nie koniecznie ja sam.

    Nie zapominajmy jeszcze o jednym. Kapitał ludzki zwiększa indywidualne dochody a tego typu działalności Państwo czerpie tylko i wyłącznie korzyści (bogacąc się), jednego rodzaju, ściągając z nas haracz podatkowy. A dobre dla społeczeństwa państwo to nie tylko bogate Państwo. Kapitał społeczny natomiast decyduje o poziomie rozwoju całego społeczeństwa. Jest tym czynnikiem, który wyjaśnia zróżnicowania PKB wśród krajów UE. O wiele lepiej niż statystyki świadczące o wzroście wykształcenia obywateli.

    Końcowa puenta wynikająca z powyższego rozumowania jest następująca: „Nawet najmądrzejsi obywatele danego kraju, jeśli nie potrafią z sobą współpracować z myślą o wspólnym dobru potrafią najwyżej zbudować nowoczesny tunel wzdłuż rzeki zamiast mostu” A przecież nie o to chodzi.

Spostrzeżenia te napisałem w oparciu o artykuł “Rzeczpospolita Nieufnych” Janusza Czaplińskiego, Profesora psychologii społecznej na Uniwersytecie Warszawskim

Stronę odwiedzono od Grudnia 2007 r. Unable to connect to MySQL server